Z powodu koronawirusa wszyscy przeżywamy żałobę

Artykuł zamieszczony na portalu Uroda Życia

COVID-19 zabiera poczucie bezpieczeństwa, wolność, pieniądze. Jak się mierzyć ze stratą podczas pandemii, radzi psychoterapeutka Sylwia Kieszkowska.

Jest niewidzialny, ale groźny. COVID-19 zabiera poczucie bezpieczeństwa, wolność, pieniądze. Jak sobie radzić ze stratą podczas pandemii?

Aleksandra Nowakowska: Koronawirus jest z nami dopiero od półtora miesiąca, ale wiele już nam zabrał. Straciliśmy swoje biura, zarobki, plany na wakacje, swobodę robienia zakupów. Dzieci – place zabaw, ławki w szkole. Długo można by wymieniać. Pandemia wyzwala w nas trudne emocje związane ze stratą.

W każdym z nas kłębi się mnóstwo różnych emocji. Mamy lepsze i gorsze momenty, chwile nadziei i bezradności. Strach przed konsekwencjami ekonomicznymi pandemii czy brak kontaktu z bliskimi to nasze przeżycia kolektywne. Wszyscy przeżywamy teraz utratę normalności, rutyny. I odczuwamy smutek, który jest odpowiedzią na stratę. Czeka nas przeżywanie żałoby, będącej procesem adaptowania się do tej straty. Ostatnio, odnosząc się do pandemii, mówi się o zjawisku antycypowanej, czyli przewidywanej żałoby. Czujemy że świat się zmienia, wiemy, że obecny stan jest przejściowy, ale nie wiemy, kiedy się skończy i co będzie dalej. Przeczuwamy duże zmiany i ta niewiadoma rodzi w nas lęk, który dotyczy dopiero tego, co nadejdzie. Można go porównać nawet z lękiem przed śmiercią. To strach podobny do tego, który czujemy, kiedy u kogoś z naszych bliskich zostaje zdiagnozowana poważna choroba i boimy się, że bliska nam osoba umrze. Wtedy antycypujemy żałobę. Wirus zmienił naszą rzeczywistość, działając jak niewidzialna siła. Nasze poczucie bezpieczeństwa jest zagrożone, bo wiele już straciliśmy i spodziewamy się, że stracimy więcej.

Jak sobie z tym poradzić?

Proces radzenia sobie ze stratą jest indywidualny. Reakcje z nią związane nie występują w uporządkowany uniwersalny sposób. Możliwe jest reagowanie tymi samymi uczuciami więcej niż raz, a reakcje mogą się na siebie nakładać. Najczęściej jednak psychika ludzka radzi sobie ze stratą w pięciu etapach. Zostały one opisane w modelu odczuwania żałoby stworzonym przez Elizabeth Kübler-Ross. Można się na nim oprzeć również w przypadku naszych reakcji na koronawirusa. Na początku przeżywania straty pojawia się zaprzeczenie, które jest poprzedzone jakimś szokiem. „Ten wirus nas nie dotknie” – sama tak myślałam. Kiedy pojawiły się pierwsze zachorowania w Polsce, akurat przyjechałam z Barcelony, gdzie mieszkałam na stałę, żeby przez krótki czas pracować w szpitalu psychiatrycznym. „Szpitala mi nie zamkną, mogę się nie martwić” – zaprzeczałam. Nie zamknęli wprawdzie, ale zredukowali liczbę pacjentów i personelu do minimum i jednak straciłam to zajęcie. Kolejnym etapem jest gniew i bunt. Po pewnym czasie spędzonym w izolacji, zaczęliśmy odczuwać złość, że nie możemy robić to, co chcemy i do czego byliśmy przyzwyczajeni. Później zwykle następuje targowanie się, negocjacje typu: „Ok, wytrzymam w domu jeszcze dwa tygodnie, ale potem już wszystko wróci do normy”. Kolejnym etapem jest rodzaj depresji związanej ze smutkiem – „Nie wiem, kiedy to się skończy, wszystko się wali”. Na tym etapie pojawia się bezsilność – jesteśmy bezradni, bo odnosimy wrażenie, że rządzi nami coś większego od nas i nie mamy narzędzi, żeby sobie z tym poradzić. W przypadku koronawirusa, jest to większe, niż się spodziewaliśmy. Odczuwamy swoją ludzką kruchość. Ostatnim etapem przeżywania żałoby jest akceptacja. Wreszcie mamy pełną świadomość, w jakiej sytuacji się znaleźliśmy. Nie jest łatwo, ale potrzebny jest spokój, żeby się zastanowić, jak w tej sytuacji się odnaleźć. Dopiero na tym piątym odcinku  leży siła, tutaj możemy odnaleźć znaczenie i sens tego, co się wydarza i wyciągnąć jakieś wnioski. Myślę jednak, że na ten moment jeszcze daleko nam do akceptacji.

Na razie liczymy straty. Myślę teraz o Magdzie, mojej fryzjerce, z którą od lat się przyjaźnię. Jej straty już teraz są policzalne w złotówkach. Mówi, że nie wie, co będzie dalej – czy klienci będą mieć pieniądze, żeby odwiedzać ją tak często, jak przed pandemią.

Niestabilność finansowa wywołuje bardzo duży lęk, a nawet poczucie paniki. Informacja o stracie zarobków najpierw powoduje rodzaj zamrożenia emocjonalnego, potem pojawia się gniew, po którym następują negocjacje („Dobrze, przez marzec i kwiecień mogę mniej zarabiać, ale potem to nadrobię”), ale w końcu załamanie („Nie wiem, czy sobie poradzę, nie wiem za co zapłacę rachunki, nie wiem, ile to potrwa”). Myślę, że w tych poszczególnych fazach, jak w każdym procesie przeżywania żałoby, można trochę pobyć. Jak długo? To indywidualne. Teraz jeszcze nie dochodzimy do etapu akceptacji, bo cały czas nie wiemy, kiedy odzyskamy grunt pod nogami.

Strata pracy i bez pandemii jest ogromnym stresem, ale wcześniej przynajmniej było pole do działania. Teraz jest ograniczone, teraz czasem lepiej jest poczekać.

Tak. To jest kolektywne wyzwanie – zmierzyć się z bezsilnością. Zobaczyć, że ona jest, zrobić na nią miejsce. Przyznać się, że nie mamy wiele wpływu i niewiele możemy zrobić. A czasem po prostu nic. W moim odczuciu w zaakceptowaniu bezsilności jest siła. To jest teraz nasze wyzwanie. Wytrwać w zawieszeniu. Zostaliśmy wrzuceni w ten proces, niezależnie od tego, czy chcieliśmy się z nim zmierzyć, czy nie. Nie mamy jednak wyjścia – tylko przez skonfrontowanie się z nieznanym i z bezradnością możemy coś zmienić.

Bezsilność jest stratą sprawczości, działania, męskiej energii. Zostaliśmy wrzuceni w bierność.

Zwykle, kiedy stajemy wobec niewiadomej, sięgamy po narzędzia, które opierają się na efektywności, skuteczności, wydajności. Teraz, kiedy mierzymy się z czymś, co nas przerasta, te narzędzia przestały działać. Oczywiste, że budzi w nas to lęk. Stare metody radzenia sobie się skończyły, a to pokazuje, że potrzebujemy zmiany. Ale żeby ona się wydarzyła, potrzebujemy sięgnąć po rozwiązania na innym niż dotąd poziomie.

William Bridges, amerykański pisarz i mówca, uświadamia prostą prawdę, że zmiana składa się z końca, przerwy i początku – ze zmierzchu, nocy i świtu. Koniec nastąpił, jesteśmy w przerwie, w której nic nie ma. Dopiero w przerwie ma szansę pojawić akceptacja końca. Poprzedza ją często depresja, która ma miejsce, kiedy stare struktury ulegają destrukcji. Teraz już nie walczymy o to, co było, poddajemy się. Czujemy, że to już trochę nie od nas zależy, trochę sama wydarza się podróż ku nowemu. Bridges zauważa, że ludzie na tym etapie mogę jeszcze czuć przerażenie, ale także odrobinę ekscytacji.

Mam podobne odczucia i czuję je u moich klientów. Obok lęku, napięcia, niewygody związanej z codziennością, jest dużo nadziei i ekscytacji na to, że pewna forma świata ewidentnie się kończy i zaczyna się jakaś nowa. I teraz pytanie – jacy będziemy w tej nowej formie świata, jakiego rodzaju umiejętności i jakiego rodzaju ludzkości potrzebujemy, żeby odnaleźć się w tym nowym rozdziale.

Właśnie – jakich?

Mam wrażenie, że rzecz dotyczy relacji. Pandemia pokazuje, jak bardzo jesteśmy od siebie zależni, jak bardzo potrzebujemy być na siebie uważni i wrażliwi, i trzymać się razem. To mnie ekscytuje. Nadal pracuję z moimi klientami z Barcelony. Hiszpanie mają bardzo ścisłą kwarantannę, mogą poruszać się najdalej 500 metrów od mieszkania i policja tego naprawdę pilnuje, dając wysokie kary pieniężne. Hiszpanie dużo czasu spędzają na zewnątrz, więc bardzo trudno im jest wysiedzieć w czterech ścianach. I to nie tylko młodzi ludzie, starsi też – socjalizują się, grają w bule na placach, chodzą do restauracji. Dla nich bardzo trudny jest brak kontaktu ze sobą i naturą, ale widzę, że już uzbroili się w cierpliwość, bo zdają sobie sprawę, że kwarantanna powoduje spadek ilości zakażonych osób. Mimo izolacji naprawdę trzymają się razem. O godzinie 20 wszyscy klaszczą lekarzom, w weekendy puszczają muzykę i grają w bingo, krzycząc z balkonów numery. Poruszająca jest ta atmosfera otwartości i jedności, poczucia przechodzenia przez to straszne doświadczenie pandemii wspólnie.

My tak nie robimy?

Mamy inny temperament, ale też widzę u nas większą potrzebę bliskiego kontaktu mimo dystansu fizycznego. Zaczynamy się zastanawiać, kto tak naprawdę jest nam bliski, o kogo się martwimy, komu możemy dać wsparcie. Zauważamy, o kim myślimy i kto się do nas odzywa. Dotąd byliśmy zalani kontaktem wirtualnym. Teraz jest czas na refleksję, czym jest autentyczna, fizyczna, prawdziwa relacyjność. Możemy wreszcie to odróżnić i wybrać od nowa. Nie tylko zresztą w sferze relacji. W sytuacji kryzysu ekonomicznego wyostrza nam się uważność na to, na co wydajemy pieniądze – czy jest to konieczne i czemu ma to służyć. Zdecydowanie czeka nas zmiana światopoglądowa dotycząca konsumpcjonizmu. Z etapem kryzysu wiąże się życie w większym minimalizmie. Będzie inaczej.

Strata daje miejsce na nową jakość, ale możemy czuć, że jest jeszcze do niej daleko. Okładka najnowszego włoskiego Vogue jest pusta – biała z białym napisem.

Dzisiaj ciężko jest przewidzieć, gdzie nas ta nowa droga prowadzi, bo najpierw potrzebujemy zanurzyć się w pustkę. W tym czasie chodzi o to, żeby nie starać się na siłę wymyślać czegoś nowego, tylko przyjąć bardziej bierną postawę. Może być nam trudno się przyznać, że niewiele możemy, ale to jest niesamowicie rozwojowe. Możemy poznać się z innej strony – wiele straciliśmy i nie musimy już być superbohaterami, nie musimy się wyrabiać, dopasowywać. Strata w pewnym sensie jest uwalniająca, może zdjąć ciężar z ramion.

Wolność może kojarzyć się z ruchem, a w kwarantannie czujemy się uwięzieni. Straciliśmy przecież wolność poruszania się.

Ale z drugiej strony dostaliśmy inny rodzaj wolności – mamy więcej czasu dla siebie, więcej przestrzeni. Co prawda – narzuconej z zewnątrz, ale ona jest, znaleźliśmy się w niej. Wykorzystajmy ten czas na autorefleksję nad sobą, swoimi wartościami. Jest to pewna szansa, pewna możliwość. Tylko odosobnienie może być początkiem transformacji i zmiany. Bez bezruchu trudno się w sobie zanurzyć, być blisko wszystkiego tego, co czujemy z powodu straty.

Jak zatem najlepiej wykorzystać czas tej przerwy?

Nie traktujmy jej zadaniowo, wcale nie chodzi o to, żeby wyjść z tej kwarantanny w lepszej wersji siebie. Bardziej o to, żeby być bliżej siebie.